Pokazywanie postów oznaczonych etykietą King Stephen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą King Stephen. Pokaż wszystkie posty

8 czerwca 2014

Chora obsesja

Macie takich bohaterów literackich lub autorów, do których jesteście bardzo przywiązani, losy których śledzicie na bieżąco, a kolejne wzloty i upadki przeżywacie na równi z nimi, traktując je niekiedy jako własne? Tak?! Czy to nie paranoja, by zatracać się w życiu wyimaginowanej postaci, wytworu wyobraźni, fikcji literackiej? Czy to nie jest chore, by wymyślone zdarzenia przyćmiewały własne życie, dziejące się tu i teraz? Pewnie, większość z Was, potwierdzi, że to chore, ale co jeśli nie wszyscy tak sądzą? Wiadomo, dziwacy są wśród nas… 

O tym właśnie przekonał się Paul Sheldon – bohater jednej z najbardziej znanych powieści Kinga pt. „Misery” – autor szczerze nienawidzący stworzonego przez siebie cyklu o Misery, który zdobył ogromna popularność. Właśnie z tej narastającej nienawiści i frustracji postanowił on uśmiercić wykreowaną przez siebie postać, tym samym zakańczając serię i otwierając się na nowe wyzwania. Nie wiedział jednak, że to los przygotował dla niego prawdziwe wyzwanie…

Otóż, pewnego razu prowadząc po pijanemu, spowodował wypadek, z którego na jego (nie)szczęście uratowała go Annie Wilkes. Na pozór zwyczajna, samotna, może nieco tajemnicza kobieta, jak się okazuje, jego zagorzała czytelniczka i wielbicielka cyklu o Misery. Z początku mimo dziwnych okoliczności wszystko układa się jako tako, Sheldon powoli dochodzi do siebie. Wszystko jednak zmienia się, gdy Annie wraca do domu z ostatnią częścią przygód Misery. To, co w niej przeczyta, wstrząśnie ją go głębi! Jak to tak bez powodu uśmiercić JEJ ulubioną bohaterkę? Tak nie wolno! Paul będzie zmuszony naprawić swój błąd. Pod jej czujnym okiem będzie pisał kolejny tom swojego cyklu, w którym musi ożywić Misery. To nie będzie łatwe zadanie, ale warte każdej pracy. Bo Annie jest nieobliczalna, podstępna i gotowa do wszystkiego, o czym przyjdzie się mu przekonać na własnej skórze…

Sugestywny, konkretny język doskonale koresponduje z żywą, dramatyczną i wartką akcją powieści, w której kolejne wydarzenia następują jedne po drugich – a czytelnik wciągnięty w sam środek tych zaskakujących wydarzeń może tylko śledzić je w skupieniu i napięciu na to, co jeszcze się stanie. Dramatyzm „Misery” jest budowany już od pierwszej strony i utrzymuje się aż do ostatniej. Już sam fakt, że 350 stron z tej powieści przeczytałam bez choćby najkrótszej przerwy, musi coś znaczyć… Ciekawym zabiegiem było także, zamieszczenie fragmentów książki o „nowej” Misery, pisanej przez Paula. Pozwoliło to na poznanie nieco bliżej tej powieści i bohaterki, którą tak bardzo upodobała sobie Annie. 

Warto również wspomnieć o jej portrecie psychologicznym. Postać Annie jest budowana stopniowo. Czytelnik wraz z lekturą dowiaduje się o niej kolejnych informacji, lub – co częściej – sam wysnuwa wnioski. Jest to postać złożona, nieszablonowa, ale jednocześnie wiarygodnie nakreślona. To ona i jej nieodgadniona psychika stanowią główny atut powieści.  

Tym, którzy jeszcze nie czytali „Misery” polecam lekturę, ale też uprzedzam, że to mroczna powieść dla ludzi, którzy lubią się bać. 

Ufff, jak to dobrze, że to tylko powieść…

„Misery” Stephen King, wyd. Prószyński i S-ka
liczba stron: 441
Moja ocena: 9/10
Recenzja bierze udział w wyzwaniu: Czytam literaturę amerykańską!


Przypominam jeszcze o mojej rozdawajce, w której do wygrania książka Magdaleny Witkiewicz. Zgłaszać można się TU

12 sierpnia 2013

Wampiry są wśród nas…

Nie wiem, w czym tkwi problem, ale jak wampir święconej wody i czosnku, ja unikam fantastyki, a już na pewno przekoloryzowanej – w moim odczuciu – sagi „Zmierzch”. Wiem, film a książka to niemała różnica. Ale ja oglądałam malutki fragment, który skutecznie mnie zniechęcił do obu pozycji. Zwyczajnie, tanie historyjki o wampirach, ich spopularyzowanie, nieustające wznowienia legend jakoby Dracula istniał naprawdę, są nie dla mnie. Nie wierzę w takie rzeczy. 

„Miasteczko Salem” Stephena Kinga kupiłam w ciemno, za przewodnika mając jedynie trzy krótkie zdania opisu z tyłu książki. Powodował mną wstyd, że aż dotąd tego nie zrobiłam. W końcu tyle mówi się o Kingu i jego twórczości... A ja nie zapoznałam się z ani jedną jego książką.

Powieść jest doskonale skonstruowana, co osiągnięto głównie za sprawą misternie budowanej dramaturgii. Czytelnika wprowadza się najpierw w scenerię małego amerykańskiego miasteczka (choć w rzeczywistości jest to dziura zabita deskami); zapoznaje się go z każdym znaczącym (lub raczej wyróżniającym się czymś szczególnym) mieszkańcem. Tu naprawdę nic nie zapowiadało nadchodzącej makabry. Życie toczyło się z wolna, wręcz mozolnie i nudno, do czasu..., kiedy sprzedano pewien dom - ołtarz wystawiony złym mocom, siedzisko rozprzestrzeniającego się Zła.
 
Ben Mears spędził dzieciństwo w Salem, teraz po kilkudziesięciu latach wraca – wg oficjalnej wersji – by napisać nową książkę. Jest bowiem poczytnym pisarzem. Jego prawdziwy powód powrotu jest zgoła inny. Mężczyzna pragnie rozliczyć się z trawiącą go od wewnątrz przeszłością. Przykre i absurdalne wspomnienia  tłamszące jego umysł od dawna, nie dają mu spokoju, chce się z nich rozliczyć i wreszcie zapomnieć. Co jednak, jak się okaże, nie będzie wcale takie proste.

Ben szczególnie interesuje się tajemniczym domem Marstenów, górującym nad Salem. Przed wielu laty doszło tam do makabrycznej zbrodni, właściciel domu zabił swoją małżonkę, a sam się powiesił. Niedługo po tym, jak wychodzi na jaw, że ten dom kupili dwaj tajemniczy mężczyźni, w Salem zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jedni znikają bez wieści, inni giną w przerażających okolicznościach. Policja jest bezradna, tak samo jak pozostali mieszkańcy. Na to, co się dzieje w Salem nikt nie może mieć wpływu…

Ben wraz z grupą kilku zaufanych osób, której udaje się odkryć okrutną prawdę, stara się zapobiec kolejnym tragediom. Niestety, czasami jest na to za późno… Trudno wyprzedzić wampira, trudno zaradzić temu, że zdobywają kolejne ofiary podstępem, trudno także je zabić. 

„Miasteczko Salem” czyta się niezwykle szybko. Poszczególne rozdziały opisują historię innego bohatera, choć całościowo są spójne i klarowne. Przyznam się szczerze, że książka tak oddziałuje na psychikę, że gdy czytałam ją nocą, machinalnie łapałam się za medalik. Brrr… pamiętam ten dreszczyk. Powieść oczywiście polecam!


"Miasteczko Salem" Stephen King, wyd. Prószyński i S-ka
liczba stron: 528

Moja ocena: 9/10

*źródło zdjęcia: Prószyński i S-ka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...