„Możemy
podsumować następująco: nie umiem jeździć wolno, jestem miękki jak masło, zbyt
łatwo się zakochuje, tracę głowę, kiedy się wkurzę, i jestem słaby z rachunków.
Do czego więc, na miłość boską, ktoś taki jak Daniel Hoffmann może wykorzystać
kogoś takiego jak ja? Odpowiedź jest prosta (…) – jako likwidatora.”*
To prawda, Olav jest płatnym
zabójcą, który wykonuje swe zlecenia z bezwzględną skutecznością, precyzją i
sumiennością. Nie z osobistych pobudek, nie dla pieniędzy. Nie zabija też dla
samego zabijania, bo to nie sprawia mu żadnej satysfakcji. Robi to, bo jak sam
twierdzi, oprócz tego nadaje się do niewielu innych rzeczy. Może teraz wydawać
się to śmieszne, żałosne czy wręcz absurdalne. I ja też tak na początku
odbierałam wyznania bohatera, ale dzięki temu, że akcja bieżąca przeplata się
nieustannie ze wspomnieniami z przeszłości, moje odczucia ulegały powolnej
zmianie. Bowiem środowisko, w którym wychował się Olav, skomplikowane relacje z
ojcem, problemy z nauką przełożyły się na jego dalsze życie, zaznaczając na nim
trwałe ślady, które odzywają się ciągle, nawet w dorosłym życiu. Odezwały się i
teraz, gdy Olav dostał nowe zlecenie. Miał zlikwidować młodą żonę swojego
szefa… Z pozoru proste zadanie, stało się jednak powodem wielu nieoczekiwanych
zwrotów akcji i podstępnych zagrań. Tego jednak można było się spodziewać po
tym, gdy obiekt do zlikwidowania zamienia się na obiekt miłości…
Tak, Olav zakochał się w pięknej i zmysłowej Corinie. Ale czy ten związek ma szansę na przetrwanie?
Tak, Olav zakochał się w pięknej i zmysłowej Corinie. Ale czy ten związek ma szansę na przetrwanie?
To pierwsza książka Nesbø, na którą się skusiłam – mimo
wielu niepochlebnych recenzji, wytykających autorowi niedbalstwo czy brak
starań oraz mówiących wprost, że dawny Nesbø już się skończył. Tego nie wiem,
wiem jednak, że ta pozycja ujęła mnie niezwykle przemyślanym i dopracowanym
rysem psychologicznym bohatera, który mierzy się ze swoją własną
niesprecyzowaną i nieodkrytą do końca naturą, który walczy z „wirusem”, jak
nazywa geny odziedziczone po ojcu. Jest to postać niedoskonała, bo taka miała
być – zabójca to nie robot z wystudiowanym schematem działań, to człowiek,
który myśli, czuje, myli się, ma własne obawy, bolączki, słabości, ale i
marzenia. Wydaje mi się, że Olav najbardziej tęsknił za bliskością. Ten głód
uczucia determinował jego zachowania do tego stopnia, że gdy wykonał zlecenie
na pewnym mężczyźnie, który przed śmiercią wyznał mu, że ma żonę i czwórkę
dzieci, odnalazł ich i przekazał im wszystkie swoje oszczędności. Wiem, że to
nie tłumaczy jego zachowania, odsłania jednak doskonale umysł człowieka,
którego pracą jest zabijanie. Nie ukrywajmy, nie może być to człowiek w pełni
normalny, który wieczorem zabija, a rankiem idzie wesoło do sklepu czy na
spacer. I Olav nie był w pełni normalny, choć jemu się tak wydawało…
Nesbø pisze całkiem sprawnie.
Plastycznie i obrazowo opisuje poszczególne zdarzenia, umiejętnie igra z czytelnikiem,
dozując jego wiedzę, pozostawiając wiele niedomówień i domysłów. Zabrakło mi
jednak tego charakterystycznego dla kryminałów dreszczyku emocji, tego
nieuzasadnionego lęku połączonego z lekkim podnieceniem. I nawet nie uratowało
tego naprawdę szokujące zakończenie, którego się nie spodziewałam. Ot, po
prostu skończyłam czytać. Nic więcej! Zero wracania. Zero przemyśleń. Mało
satysfakcji…
Podsumowując, choć książka opiera
się na znanym już schemacie - miłości „złego chłopca” do pięknej kobiety i nie
była pozycją porywającą, potraktuję ją
jako próbkę i zapowiedź prawdziwych umiejętności pisarskich Jo Nesbø. „Krew na śniegu”, pomimo
ciekawie wykreowanej postaci i zaskakującego zakończenia, pozostawiła we mnie
pewien niedosyt. To chyba nie było całkiem to, czego szukam w kryminałach. Może
dlatego, że od razu znałam zabójcę?
„Krew na śniegu” Jo Nesbø,
Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 164
*cytat pochodzi z książki, s. 12.
Liczba stron: 164
*cytat pochodzi z książki, s. 12.

