Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty

24 lipca 2015

Likwidator

„Możemy podsumować następująco: nie umiem jeździć wolno, jestem miękki jak masło, zbyt łatwo się zakochuje, tracę głowę, kiedy się wkurzę, i jestem słaby z rachunków. Do czego więc, na miłość boską, ktoś taki jak Daniel Hoffmann może wykorzystać kogoś takiego jak ja? Odpowiedź jest prosta (…) – jako likwidatora.”*

To prawda, Olav jest płatnym zabójcą, który wykonuje swe zlecenia z bezwzględną skutecznością, precyzją i sumiennością. Nie z osobistych pobudek, nie dla pieniędzy. Nie zabija też dla samego zabijania, bo to nie sprawia mu żadnej satysfakcji. Robi to, bo jak sam twierdzi, oprócz tego nadaje się do niewielu innych rzeczy. Może teraz wydawać się to śmieszne, żałosne czy wręcz absurdalne. I ja też tak na początku odbierałam wyznania bohatera, ale dzięki temu, że akcja bieżąca przeplata się nieustannie ze wspomnieniami z przeszłości, moje odczucia ulegały powolnej zmianie. Bowiem środowisko, w którym wychował się Olav, skomplikowane relacje z ojcem, problemy z nauką przełożyły się na jego dalsze życie, zaznaczając na nim trwałe ślady, które odzywają się ciągle, nawet w dorosłym życiu. Odezwały się i teraz, gdy Olav dostał nowe zlecenie. Miał zlikwidować młodą żonę swojego szefa… Z pozoru proste zadanie, stało się jednak powodem wielu nieoczekiwanych zwrotów akcji i podstępnych zagrań. Tego jednak można było się spodziewać po tym, gdy obiekt do zlikwidowania zamienia się na obiekt miłości…  
Tak, Olav zakochał się w pięknej i zmysłowej Corinie. Ale czy ten związek ma szansę na przetrwanie? 

To pierwsza książka Nesbø, na którą się skusiłam – mimo wielu niepochlebnych recenzji, wytykających autorowi niedbalstwo czy brak starań oraz mówiących wprost, że dawny Nesbø już się skończył. Tego nie wiem, wiem jednak, że ta pozycja ujęła mnie niezwykle przemyślanym i dopracowanym rysem psychologicznym bohatera, który mierzy się ze swoją własną niesprecyzowaną i nieodkrytą do końca naturą, który walczy z „wirusem”, jak nazywa geny odziedziczone po ojcu. Jest to postać niedoskonała, bo taka miała być – zabójca to nie robot z wystudiowanym schematem działań, to człowiek, który myśli, czuje, myli się, ma własne obawy, bolączki, słabości, ale i marzenia. Wydaje mi się, że Olav najbardziej tęsknił za bliskością. Ten głód uczucia determinował jego zachowania do tego stopnia, że gdy wykonał zlecenie na pewnym mężczyźnie, który przed śmiercią wyznał mu, że ma żonę i czwórkę dzieci, odnalazł ich i przekazał im wszystkie swoje oszczędności. Wiem, że to nie tłumaczy jego zachowania, odsłania jednak doskonale umysł człowieka, którego pracą jest zabijanie. Nie ukrywajmy, nie może być to człowiek w pełni normalny, który wieczorem zabija, a rankiem idzie wesoło do sklepu czy na spacer. I Olav nie był w pełni normalny, choć jemu się tak wydawało…

Nesbø pisze całkiem sprawnie. Plastycznie i obrazowo opisuje poszczególne zdarzenia, umiejętnie igra z czytelnikiem, dozując jego wiedzę, pozostawiając wiele niedomówień i domysłów. Zabrakło mi jednak tego charakterystycznego dla kryminałów dreszczyku emocji, tego nieuzasadnionego lęku połączonego z lekkim podnieceniem. I nawet nie uratowało tego naprawdę szokujące zakończenie, którego się nie spodziewałam. Ot, po prostu skończyłam czytać. Nic więcej! Zero wracania. Zero przemyśleń. Mało satysfakcji…

Podsumowując, choć książka opiera się na znanym już schemacie - miłości „złego chłopca” do pięknej kobiety i nie była  pozycją porywającą, potraktuję ją jako próbkę i zapowiedź prawdziwych umiejętności pisarskich Jo Nesbø. „Krew na śniegu”, pomimo ciekawie wykreowanej postaci i zaskakującego zakończenia, pozostawiła we mnie pewien niedosyt. To chyba nie było całkiem to, czego szukam w kryminałach. Może dlatego, że od razu znałam zabójcę? 

„Krew na śniegu” Jo Nesbø, Wydawnictwo Dolnośląskie  
Liczba stron: 164  
*cytat pochodzi z książki, s. 12.

27 grudnia 2014

Morderstwo odbyło się...

„W całej tej sprawie najbardziej ciekawi mnie to, że nie dysponujemy możliwościami, jakie ma policja. Nie możemy zweryfikować zeznań żadnego z tych ludzi. Jesteśmy zmuszeni polegać wyłącznie na dedukcji. To właśnie czyni tę sprawę w moich oczach o wiele bardziej interesującą. Nie ma tu miejsca na rutynowe postępowanie. Wszystko sprowadza się do intelektu…”* mówił Herkules Poirot… Rzeczywiście sprawa, którą nieco mimowolnie zaczął on prowadzić należy do niezwykle osobliwych. Bo oto pociąg, którym bohater wracał z Azji, staje się niespodziewanie miejscem tajemniczego i okrutnego mordu, a fakt, że ugrzązł on w ogromnych zaspach śnieżnych wskazuje na to, że zabójca wciąż ukrywa się wśród pasażerów jednego wagonu… 

Ofiara – bogaty mężczyzna, który budził lęk wśród wszystkich pasażerów, pan Ratchett ginie od ciosów zadanych sztyletem. I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że część ran zadana jest przez osobę praworęczną, a pozostała część przez leworęczną. Są wśród nich także rany niewielkie, powierzchowne, ale też i głębokie – bez wątpienia zadane przez osobę z ogromną siłą. Sprawę komplikują dodatkowo pozostałe dowody znalezione przy ofierze – zegarek, który zatrzymał się piętnaście minut po pierwszej, wycior z fajki, pięknie haftowana chusteczka z inicjałem, nadpalone listy oraz guzik. Nie uważacie, że to za dużo dowodów jak na jedno morderstwo? To jednak nie wszystko, bowiem część świadków, jak również sam Poirot, w nocy kiedy doszło do zbrodni widzieli tajemniczą postać w jasnoczerwonym kimonie. Kim ona była? Gdzie się podziała? Co znaczą wszystkie te dowody? Kto zabił Ratchetta i jaki miał ku temu powód? Prawda okaże się zdumiewająca…

 „Morderstwo w Orient Expressie” Agathy Christie to kryminał najwyższych lotów – dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, ze zgrabnie prowadzoną akcją, którą raz po raz komplikują nowe fakty wychodzące na jaw. Nikt tak jak autorka nie potrafi budować intryg, mylić tropów czy umiejętnie wprowadzać kolejne, zupełnie niespodziewane wątki i fakty, które rzucają nowe światło na całą sprawę i sprawiają, że to, co wcześniej uchodziło za pewne, teraz zostaje podważone. Dreszczyku i napięcia dodawała także duszna atmosfera spisku i wzajemnych podejrzeń panująca wśród pasażerów wagonu. Autorka zadbała również o ich odmienne charakterystyki – i tak stworzyła barwny katalog postaci, gdzie spotkamy m.in. krzykliwą i jęczącą starsza panią, mrukliwego Anglika, ale też temperamentnego Włocha czy dystyngowaną rosyjską księżną. Ci wszyscy są w oczach Poirota podejrzani. Czy słusznie? – musicie sprawdzić sami!

 „Morderstwo w Orient Ekspresie” czytałam z żywym zainteresowaniem, starałam się jak najważniej śledzić akcję, ale mimo to poległam  - jak zawsze przy spotkaniu z Christie. Zakończenie, które serwuje nam autorka, zwaliło mnie z nóg i utwierdziło w przekonaniu, że ta kobieta miała niezwykły dar do pisania kryminalnych opowieści. Wszystkich, którzy jeszcze nie znają tej historii, zachęcam do lektury. Gwarantuję Wam, że się nie zawiedziecie! A ja tymczasem biorę się za film, który powstał na podstawie tej książki :)


„Morderstwo w Orient Expressie” Agatha Christie, Wydawnictwo Dolnośląskie
liczba stron: 264
Moja ocena: 9/10
*cytat pochodzi z książki, s. 164-165 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...