Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja filmu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja filmu. Pokaż wszystkie posty

21 stycznia 2015

Podróż do wnętrza siebie…


UWAGA: MAŁE SPOILERY!

Amerykanizacja życia i kultury przyzwyczaiła nas do szybkiego tempa, kolorowych obrazów, nagłych zwrotów i montażu przypominającego wideoklipy czy teledyski. Tego jednak nie znajdziemy w jednym z najgłośniejszych polskich filmów ostatnich dni. W „Idzie” Pawła Pawlikowskiego bowiem akcja płynie wolno i spokojnie, jest wiele czasu na refleksje i dokładne przyjrzenie się bohaterom, jest czas na kontemplację i zachwyt nad prostym, aczkolwiek niezwykłe wymownym obrazem. 

Film zaczyna się całkiem niepozornie (zresztą taki jest cały). Oto przenosimy się do Polski z lat 60. XX wieku i poznajemy nowicjuszkę Annę, od dziecka wychowywaną w zakonie, która za radą matki przełożonej jedzie do swojej ciotki Wandy, jej jedynej żyjącej jeszcze krewnej, która od razu bez pardonu i przygotowania wyznaje dziewczynie, że jest Żydówką i że jej rodzice zginęli w czasie wojny. Wiadomość ta nie tylko zakasuje Annę, która przez te wszystkie lata żyła w zupełniej niewiedzy o sobie samej, swojej tożsamości i swoich korzeniach, ale też determinuje dziewczynę do poznania prawdy o tym, co wydarzyło się przed laty. Obie kobiety wyruszają więc w podróż, która ma im pomóc nie tylko w poznaniu tragicznej historii ich rodziny, ale i prawdy o tym, kim są…

I choć film dotyka trudnego tematu losów polskich Żydów w czasie II wojny światowej, to jednak robi to inaczej niż powszechnie znane i przyjęte publikacje. Pokazuje dwulicowość i okrucieństwo nie Niemców, a właśnie Polaków, burząc mit o polskiej szlachetności, dobroci i martyrologii, stawiając nas w roli kata, nie ofiary. Ja jednak nie zgodzę się z ciągle padającymi zarzutami, jakoby ten film propagował antypolskość. Oczywiście, pokazał nas Polaków z złym świetle, co może niektórych boleć, ale antypolskości nie rozpowszechnia. Zresztą nie można w ten sposób szufladkować ludzi, przecież – jak pisał Moczarski – „kanalie istnieją wszędzie na tym najlepszym ze światów. (…) Nikt nie rodzi się świętym męczennikiem, nikt też w kołysce nie został naznaczony piętnem zbrodni. Jest to kwestia charakteru, a także warunków i okoliczności historycznych”. Warto więc pamiętać o tym, że łajdacy i zbrodniarze znajdą się pośród wszystkich narodów, ale żaden naród w całości nie jest tylko zły lub tylko dobry...

Warto również w „Idzie” zwrócić uwagę na odmienne kreacje głównych bohaterek, które mimo że są tak różne od siebie, to idealnie się wypełniają. Anna (czyli Ida) to dziewczyna skromna, wyciszona, wycofana z życia, której wydaje się bliższy być Chrystus niż ciotka, ale to pewnie wynik jej wychowania w zakonie. Agata Trzebuchowska świetnie oddała jej spokojną naturę, grając przede wszystkim minką i oczyma, którymi wyrażała więcej niż poprzez słowa. I może nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że ona nie jest zawodową aktorką i nigdy nie kształciła się w tym kierunku, a jedynie przypadek sprawił, że zawitała na plan „Idy” – została bowiem wypatrzona w kawiarni…  Z kolei bohaterka grana przez Agatę Kuleszę, czyli Wanda to oschła, trudna w obyciu komunistyczna sędzina, która wyrzuty sumienna próbuje ogłuszyć przygodnym seksem i używkami. Jej postać wzorowana jest na Helenie Wolińskej-Brus, polskiej działaczce komunistycznej pochodzenia żydowskiego, pani prokurator oskarżającej w PRL-u w tzw. mordach sądowych. Widać więc w przedstawieniu obu tych bohaterek ogromną przepaść, kontrast, który dodatkowo zostaje wzmocniony poprzez biało-czarną kolorystykę filmu oraz operowanie światłem. Gdy bowiem w kadrze pojawia się Ida, pojawia się i światło, jakby wędrowało razem z nią i jej czystą i jeszcze niewinną naturą, Wanda zaś ukazywana jest w półmroku, w cieniu, co z kolei może nasuwać refleksje o popełnionych przez nią grzechach przesłaniającym jej radość z obecnego życia. 

Film Pawlikowskiego daleki jest współczesnym produkcjom, co nie tylko wyraża się w czarno – białej kolorystce, ale również, spokojnej, miarowej akcji, bez nagłych zwrotów, gdzie większe znaczenie odgrywa komunikacja pozawerbalna niż same dialogi. „Ida” to dzieło niezwykle minimalistyczne, wręcz ascetyczne, które opowiada o konieczności poznania własnych korzeni i tożsamości, konfrontując jednocześnie dwie odmienne postawy życiowe i systemy wartości. Jeśli cenicie takie kameralne, poruszające obrazy, ten film jest dla Was idealny! Gorąco polecam!


 „Ida” reż. Paweł Pawlikowski
czas trwania: 80 min
Moja ocena: 10/10!

10 grudnia 2014

Raz, dwa, trzy, zabijasz Ty!

Czy to możliwe, by boss rosyjskiej mafii, mający pod sobą tuziny przerośniętych i muskularnych typów, którzy z uśmiechem na ustach gotowi są poderżnąć ci w każdej chwili gardło, bał się jednego człowieka? Okazuje się, że tak  - jeśli tym człowiekiem jest John Wick! A wierzcie mi, że to gangster pierwszej klasy, który - niczym MacGyver – już zwykłym ołówkiem sieje zamęt i spustoszenie. Płatny morderca, o krwawej ksywie Baba Jaga, wraca do gry po tym, jak syn wspomnianego wyżej mafiosa kradnie mu samochód i zabija suczkę, będącą ostatnim prezentem od zmarłej niedawno żony.  Od tej pory, początkowo nieco zwolniona akcja nabiera tempa, a gdy już się rozpędzi, ciągnie tak do samego końca. 
 
W tym czasie oglądamy kolejne potyczki, walki i strzelaniny, gdzie ciosy padają tak szybko, że nie sposób się przed nimi obronić, a trup ściele się tak gęsto, że nie sposób go zliczyć… Jednym słowem, mamy tu prawdziwe kino akcji, w którym, rzecz jasna, akcji nie brakuje, ale pomysłu na fabułę lub jej rozwinięcie już tak.  

John Wick to bohater bez polotu. Niby wiemy o nim sporo, a jednak te fakty są tak mało istotne w całym filmie, że aż bezzasadne wydaje się ich przywoływanie. Ważne jest tu tylko to, by nie dać się zaskoczyć i by magazynek był pełny. Keanu Reeves w roli Wicka nie przekonał mnie. Poharatany, zarośnięty, kroczący dumnie w garniturze nie wyglądał na gangstera, a raczej na wracającego z pracy tatuśka, który idzie przetrzepać tyłek synalkowi, bo ten pod jego nieobecność urządził imprezę i zdemolował mieszkanie… 

Film traci niewątpliwie też na tym, że Wicka ukazano tylko jako żądnego zemsty gangstera, ba, człowieka, który po stracie swej żony, zdaje widzieć sens jedynie w bezrefleksyjnym i bezpardonowym mordowaniu. Przez to cała historia wydaje się niezwykle płytka i zbanalizowana, a przecież miała swój potencjał, który mimo wszystko nie został całkiem zaprzepaszczony. Historię ratowała między innymi postać rosyjskiego mafiosa, grana tu przez Michaela Nyqvista czy wątek związany z ekskluzywnym hotelem dla płatnych morderców i innych gangsterów. Zwłaszcza sposób jego organizacji oraz panujące w nim zasady stanowiły ciekawą i niezwykle odmienną część filmu, przez co – przyznaję -  z większym zainteresowaniem śledziłam akcje rozgrywającą się w tymże miejscu.

Niemniej jednak, nie mogę powiedzieć, że „John Wick” to filmowa katastrofa. Obraz, mimo swoich wyraźnych wad, przykuwa uwagę efekciarskim scenami, a czas przy tym upływa  szybko. Tym więc, którzy liczą na typowe kino akcji, film spodoba się na pewno, tym zaś, którzy od filmu wymagają refleksji i ciekawie skonstruowanej fabuły już niekoniecznie. Ja ze swoją oceną plasuję się gdzieś mniej więcej po środku, bo ani nie oczekiwałam tu chwytającego za serce dramatu, ale też nie chciałam głupkowatego rżnięcia głów.

„John Wick” reż. David Leitch, Chad Stahelski               
Premiera w Polce miała miejsce 5 grudnia 2014 r.

6 grudnia 2014

Nie czytam, a oglądam #6

Auschwitz oczami dziecka….

Ośmioletni Bruno, syn niemieckiego oficera, mimo że jego ojciec pełni służbę czynną w armii, nie ma żadnego pojęcia o toczącej się wojnie. Żyje jakby obok niej, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się na ulicach i w miastach. Gdy jego ojciec otrzymuje awans, Bruno musi pożegnać kolegów i wraz z najbliższymi przeprowadzić się w nowe miejsce, które jednak nie zyskuje jego sympatii. Dom jest duży i brzydki, kręcą się po nim liczni żołnierze,  część okien – nie wiedzieć czemu - została zakratowana, a wejście na tył podwórza jest zabronione. Jednak nie to jest najgorsze dla chłopca – najbardziej bowiem doskwiera mu brak przyjaciela… I to w jego poszukiwaniu, złamie on zakaz i wybierze się na „farmę”, jak określa chyłkiem podpatrzone przez okno miejsce. I rzeczywiście znajdzie go, choć nie na farmie, a za kratami obozu… 

Szmul jest dokładnie w wieku Bruna. Mógłby być tak samo uśmiechniętym i radosnym dzieckiem, niestety w tej jednej kluczowej, wtedy - podczas II wojny światowej, kwestii odróżniał się do Bruna – urodził się bowiem w żydowskiej rodzinie. To sprawiło, że poznał wojnę bezpośrednio, od tej najgorszej strony. Doświadczył bólu, głodu, śmierci najbliższych. Zastraszony i wykorzystywany do ciężkiej pracy nie bardzo pojmuje, co dzieje się dookoła, dlaczego nagle zamknięto ich w obozie. 

Spotkanie obu chłopców pewnie w prawdziwych realiach nie miałoby szans na zaistnienie. Jednak nie zgodność filmu z rzeczywistością jest tu ważna, a to, jakie niesie on przesłanie. Bo film stanowi niejako syntezę wszystkich zbrodni nazistowskich. W kreacji Szumla, a więc jednostki, dostrzec możemy cierpienia milionów niewinnych ofiar, co potęguje dodatkowo fakt, iż bohater jest dzieckiem. Uwidoczniają się tu także mechanizmy działań systemu nazistowskiego. Poprzez postacie, takie jak ojciec Bruna, młody esesman stacjonujący w obozie czy nawet wynajęty nauczyciel, możemy dostrzec zakłamanie i obłudę bijącą z owego systemu, ale też chorą wiarę tych ludzi w sens i dobro przedsięwzięcia, w którym biorą udział, ich uległość wobec władzy oraz ich stopniowo postępujące wynaturzenie, odczłowieczenie. Warto też zauważyć, że obaj chłopcy reprezentujący wrogie sobie narody, wcale nie czują tej nienawiści, są od niej wolni, choć nie rozumieją dlaczego, dzieli je kolczasty drut, postanawiają– mimo wyraźnych przeszkód – przyjaźnić się. 

Zakończenie filmu jest tragiczne. Brutalnie wżyna się w psychikę odbiorcy i sieje w niej spustoszenie. Nie mogłam poradzić sobie z takim obrotem sprawy, nie umiałam zahamować łez. Piszę o tym, co czułam, bo nie chcę zdradzać nikomu jego szczegółów. Każdy powinien obejrzeć to sam… I sam się z tym zmierzyć.

„Chłopiec w pasiastej piżamie” reż. Mark Herman
Moja ocena: 10/10 

27 października 2014

Nie czytam, a oglądam #5

„Biała wstążka” w reżyserii Michaela Hanekego, czyli o tym jak ideał sięgnął bruku…

Przenieśmy się w czasie o 100 lat do małej, prowincjonalnej wioski na północy Niemiec, gdzie największe rządy sprawuje baron – jako ten, który posiada ziemię i ma możliwość zapewnienia pracy – oraz pastor, który jest duchowym przewodnikiem całej lokalnej społeczności. Owa silnie zhierarchizowana, hermetyczna zbiorowość ludzi, którzy znają swoje miejsce, nie sprzeciwiają się niczemu, a pilnie i posłusznie wypełniają rozkazy swych autorytetów moralnych, zostaje zachwiana przez serię niepokojących zdarzeń. Pozorowane wypadki, pobicia, okaleczenia i dziwne kartki z starotestamentalnymi cytatami z Biblii mówiącymi o tym, że Bóg jest mściwy i zawistny, i nie toleruje amoralnego postępowania, wprowadzają lęk i wzajemne oskarżenia w relacje mieszkańców. Kto stoi za tymi czynami? Nie wiadomo, i trudno się tego dowiedzieć, bo nikt nie jest na tyle odważny, by od razu wziąć sprawy w swoje ręce, nikt też nie podejrzewa, że prawda może być aż tak brutalna...

Początkowo odbiorca może czuć się nieco zagubiony, bo akcja toczy się całkiem sprawnie, a nowi bohaterowie pojawiają się na ekranie dosyć szybko. Gdy jednak widz upora się z początkowym chaosem, może lepiej wniknąć w ową społeczność. Zagłębić się w nią i z bliska poznać obowiązujące w niej prawa, przyjrzeć się mieszkańcom, wniknąć do ich mieszkań i obserwować ich życie oraz sposób funkcjonowania rodzin, które mimo że różnią się statusem społecznym, to jednak działają na tych samych zasadach. W każdym z tych domów, w myśl protestanckiej religii, którą wyznaje się w tej wiosce, stosuje się „czarną pedagogikę”, czyli wychowanie dziecka bez czułości i miłości, a w przekonaniu o jego niedoskonałości, słabości i grzeszności oraz w obowiązku bezwzględnego posłuszeństwa wobec rodziców i Boga. Moralność i odpowiedzialność to cechy, które wyrabia się w dziecku od najmłodszych lat, dotkliwie karząc je za wszelki upór lub porażki. 

„Biała wstążka” mimo że powstała w 2009 roku, utrzymana jest w konwencji biało – czarnego filmu, pozbawionego ścieżki dźwiękowej, z niezwykle ascetyczną grą aktorką. Elementy te w połączeniu z pieczołowicie otworzoną scenerią niemieckiej prowincji z początku XX w., dają niezwykły efekt. Wprowadzają widza w hermetyczną społeczność, która przeżywa swoisty kryzys, bo wpajane dzieciom wartości, nie mają uzasadnienia w ich dorosłym życiu. Każdy z rodziców ma tu coś na sumieniu, każdy na swój sposób jest okrutnikiem i zdrajcą. Film ten jest więc w rzeczywistości nie tylko dramatem społecznym, ale też studium psychologicznym odsłaniającym ludzkie zakłamanie, upadek autorytetów oraz porażki wychowawcze. 

Szczerze zachęcam wszystkich do zmierzenia się z tym niełatwym, acz – moim zdaniem – ważnym filmem, bo przynosi on wiele różnych, czasami całkiem skrajnych refleksji, nad którymi jednak w współczesnym świecie, warto się zastanowić. Gwarantuję, że każdy po jego seansie wyjdzie z innym przemyślanami i  inną oceną. Bo jestem świadoma tego, że taka forma filmu, jaką obrał reżyser, nie każdemu może się spodobać. Niemniej jednak na pewno warto spróbować. 

Moja ocena: 8/10
Pozdrawiam 
nieidentyczna

10 października 2014

Nie czytam, a oglądam #4

„Miasto 44” reż. Jan Komasa

UWAGA: spoilery!!!


Nie lubię polskich filmów historycznych. Podświadomie kojarzą mi się one z hiperbolizacją cierpienia, patosem, wymuszaną ckliwością, a przez to ze sztucznością. Brakuje mi w nich realizmu i „historycznej atmosfery”. Niemniej jednak, wielkie bum, jakie wywołało wejście „Miasta 44”do kin, ogarnęło także mnie, więc dla zaspokojenia swej ciekawości, wybrałam się do kina.

Młody reżyser, który wcale nie zachwycił mnie „Salą samobójców”, tu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Przede wszystkim do roli powstańców wybrał młodych, mało znanych aktorów, którzy, według mnie, zagrali całkiem zgrabnie i wiarygodnie. Jednak to nie oni podbili moje serce, a niezwykle realistyczna sceneria, w której trudno dostrzec ingerencję techniki i komputera. Zwieziono na plan ponoć blisko 5 tysięcy ton gruzu, by wiernie odwzorować zniszczenia Warszawy. Zadbano o charakteryzację bohaterów, a nawet o autentyczne odgłosy z karabinów i innej broni używanej w powstaniu. To wszystko wraz z dynamiczną akcją sprawiło, że nawet najbardziej infantylni i niedojrzali widzowie, po odłożeniu na bok pudeł popcornu, zaczęli w skupieniu i ciszy oglądać film.

„Miasto 44” to wbrew pozorom historia nie tyle o okrutnym czasie wojny (choć scen, w których owo okrucieństwo jest akcentowane nie brakuje), a raczej o wielkiej miłości rozgrywającej się wojennej scenerii, która nie ma szans na pełne i prawdziwe zaistnienie, i która momentami sprawiała, że film ten przypominał wręcz hollywoodzką produkcję. Bo „Biedronka”, która z narażeniem życia wyciąga Stefana z bombardowanego szpitala, ledwo go wlecze za sobą, ale to nie przeszkadza, by ów na półmartwy jeszcze niedawno bohater w następnej scenie całkiem zręcznie poruszał się o własnych siłach. Inna scena: trwa walka na cmentarzu, obserwujemy ją w slow motion, widzimy jak nasz bohater z opaską na ręku i bez broni w ręku, sprawie unika trafienia kuli, widzimy jego ucieczkę i śmieć innych dookoła – a wszystko to rozgrywa się przy śpiewającym „Dziwny jest ten świat” Niemienie. Że świat jest dziwny tego nikomu powtarzać nie trzeba, zwłaszcza, gdy trwa wojna, ja zaś powtórzę Wam, że dziwna i w ogóle niezrozumiana dla mnie była ta scena, choć nie najgorsza – nie wspominam już o wytykanej wszędzie scenie seksu w rytmie dubstepu czy o przejściu przez kanały, gdzie znów obserwujemy bohaterów w zwolnionym tempie, kroczących pewnie, odważnie, dumnie i wyprostowanie, co tak bardzo przypomina amerykańskich herosów, że aż mierzi. 

Nie myślcie sobie jednak, że film ten to jedynie zlepek takich scen, bo trafiały się prawdziwe perełki, które wgniatały w fotel, wyciskały łzy i… śniły się po nocach. Do najlepszych, bez wątpienia, należy scena śmierci matki i brata głównego bohatera, Stefana. Jest w niej wszystko – matczyna miłość, niepewność jutra, zagubienie, strach, powaga, a wreszcie całe okrucieństwo i niesprawiedliwość wojny. Choćby dla niej warto ten film zobaczyć!

Nie uważam, że obejrzenie „Miasta 44” było straconym czasem. Ja rzeczywiście poczułam tamte realia, wsiąkłam w tę duszną i niecierpliwą atmosferę przepełnioną strachem i śmiercią. Wraz powstańcami patrzyłam jak stopniowo upada Warszawa, jak Armia Czerwona obojętnie przygląda się zza rzeki naszej klęsce. Widziałam  stosy ciał, wielu rannych, wyjących z bólu ludzi. Widziałam eksplozję niemieckiego czołgu – pułapki i deszcz krwi. Widziałam to wszystko i pojmowałam, jak wiele ci ludzie poświecili, jak wielką odwagę wykazali. I mimo że film w swej budowie jest nierówny, myślę, że warto go obejrzeć. Przynosi zupełnie inne spojrzenia na czas powstania, bo odrzuca wszelkie moralizatorstwo oraz patos. 

 
Pozdrawiam
nieidentyczna

13 września 2014

Nie czytam, a oglądam! #3

„Hej, Skarbie” reż. Lee Daniels
Czas trwania: 1 godz. 49 min
Moja ocena: 10/10


Główna bohaterka, Claireece Jones to niepiśmienna, chorobliwie otyła 16-latka z nowojorskiego Harlemu, do której wszyscy, nieco przewrotnie, zwracają się „skarbie”. Nie ma łatwego życia, bo matka znęca się na nią i wykorzystuje ją do wszelkich prac domowych, ojciec zaś gwałci ją od wczesnego dzieciństwa. To właśnie z nim ma dwuletnią córkę z zespołem Downa oraz kolejne, nienarodzone jeszcze, dziecko.

„Hej, Skarbie” to nie paradokumentalny reportaż, lecz wnikliwa wiwisekcja losu dziewczyny, która musi zmagać się z życiem w skrajnie patologicznych warunkach. Tu nic nie jest przesłodzone czy sztuczne. Dialogi są krótkie, pełne urwanych zdań, ale też wulgaryzmów, co tylko dopełnia charakterystyki środowiska, w którym funkcjonuje Claireece. Godna podziwu jest również gra aktorska – naturalna i niewymuszona, dająca poczucie autentyzmu zdarzeń.

Film zapada głęboko w pamięć, wstrząsa, skłania do żywej refleksji i – choć brzmi to banalnie – daje nadzieję na lepsze czasy. Pokazuje, że każdy jest panem swojego losu
i wszelkie trudności można pokonać przy odrobinie silnej woli. Nawet Claireece próbuje walczyć o namiastkę normalnego życia. Świadoma zła, które ją dotknęło i pragnąca zmiany na lepsze, zapisuje się do tzw. eksperymentalnej szkoły, by zdobyć minimum wiedzy pozwalającej na samodzielną egzystencję. I mimo licznych upadków i niepowodzeń, dziewczyna wciąż stara się i próbuje od nowa…

Polecam Wam gorąco ten film. Warto się nad nim zatrzymać i nieco pomyśleć!

__________________________________________________

A teraz zupełnie co innego… Uwaga! Nadszedł czas na teatr! Ale spokojnie, nie żaden Narodowy w Warszawie. A zwyczajny, powszechny, obecny w każdym domu – Teatr Telewizji! Chciałabym Was gorąco zachęcić do obejrzenia fenomenalnej sztuki Juliusza Machulskiego pod – nieco intrygującym – tytułem „Next-ex”


Jest to bardzo współczesna opowieść skupiająca się na popularnym motywie obyczajowym dotyczącym przedstawiania rodzicom nowego narzeczonego przez ich ukochaną córkę – jedynaczkę. Jak wiadomo, ta swoista konfrontacja czasami bywa trudna –zwłaszcza dla rodziców, którzy pragną ideału dla swojego dziecka. Tu także nie jest inaczej. Ojciec Marysi (Krzysztof Stelmaszyk, Julia Rosnowska) sukcesywnie odrzuca jej kolejnych partnerów, twierdząc, że są zbyt mało dobrzy dla jego córeczki. Prędzej czy później, stają się wiec oni „next-ex”. To rodzi w dziewczynie bunt i zmusza ją do uknucia pewnej, niezwykle misternej intrygi. Jakiej? Sprawdźcie sami!

„Next-ex” to sztuka, która już od pierwszej sceny wciąga widza umiejętnie budowanym napięciem - wzmacnianym muzyką, ale przede wszystkim genialna grą aktorską (Małgorzata Zajączkowska i Krzysztof Stelmaszyk w roli rodziców są świetni – zwłaszcza ich językowe potyczki i przygadywanki. Dodatkowej pikanterii dodaje Anna Seniuk w roli zwariowanej i kąśliwej babci). Wspomniana już intryga, na której opiera się cały spektakl, jest źródłem komizmu sytuacyjnego. Dialogi są niezwykle barwne, błyskotliwe i dowcipne. Bohaterowie często sobie przygadują i docinają, co dodatkowo wzmaga efekt śmieszności. 

Jeśli więc macie ochotę na niezobowiązująca, lekką, prześmiewczą i bardzo współczesną sztukę, z całego serca polecam Wam „Next -ex”. To niepospolita, inteligenta komedia obyczajowa w doborowej obsadzie, która rozśmieszy Was do łez!

UWAGA!
Wszyscy zainteresowani mogą obejrzeć tę sztukę Machulskiego TU.

Raz jeszcze przepraszam za swą nieobecność.                                              
Życzę Wam udanego weekendu!                                                                     
nieidentyczna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...